18.08.2008, 21:53
Trzy rodzynki - newsletter atp nr 36/2008
Polskie przysłowie mówi, że nieobecni nie mają racji. Albo nie mają nic do powiedzenia. Więc – poloniści mówią, że od „więc” zdania się nie zaczyna, ale trudno – to nie wina uczestników Międzynarodowego Turnieju Tenisowego Seniorów Katowice Cup, że „międzynarodowość” zawodów była symboliczna. Kto chciał, ten przyjechał. Przyjechał jeden Amerykanin, jeden Litwin i jeden Niemiec, zresztą polskiego pochodzenia. W tenisie amatorskim jak w zawodowym – też jest ranking, i to międzynarodowy. Lista klasyfikacyjna ITF ma nawet priorytet nad krajowymi, o czym doskonale wiedzą członkowie atp. Nie ma więc co narzekać – polscy amatorzy czerpali punkty pełnymi garściami. Zacznijmy jednak od gości. Najlepszy z nich – Joseph Lyden ze Stanów Zjednoczonych – dotarł aż do półfinału kategorii +55 lat i na pewno poprawi swą dotychczasową pozycję w rankingu światowym (485.). Jako gracz rozstawiony (nr 7) w pierwszej rundzie miał wolny los, w drugiej wyeliminował Andrzeja Iszczukiewicza 6:4, 6:2, a w ćwierćfinale wpadł na turniejową jedynkę – Władysława Króliczaka (65-ITF). Na korcie różnicy 420 miejsc nie było widać, a już bynajmniej na korzyść Polaka, ponieważ Amerykanin wygrał 6:1, 6:2. Następny rywal, zresztą zwycięzca turnieju, Sławomir Drąg (nr 358 na świecie i 5 w Katowicach) pokonał go takim samym wynikiem, tylko kolejność setów była odwrotna. Arvydas Tverijonas (+45) i Sylwester Piekacz (+50) wygrali po jednym pojedynku. Dla rozstawionego Litwina (nr 7) oznaczało to awans do ćwierćfinału, zakończonego porażką 7:6(5), 4:6, 4:6 z Tomaszem Wawrzyniakiem (nr 3). „Polski” Niemiec przebił się tylko do drugiej rudy i odpadł po starciu z Pawłem Kaczorowskim (nr 6) 4:6, 2:6. Spośród dziewięciu konkurencji rozgrywanych od początku do końca systemem pucharowym, tylko trzy wygrali zawodnicy najwyżej rozstawieni. Najłatwiej poszło Romanowi Mrozkowi (kat. +60, 24-ITF), który trzem rywalom oddał w sumie 10 gemów. Krzysztof Sieniawski (kat. +35, 61-ITF) miał kłopoty w półfinale z Bogdanem Głąbem 2:6, 6:4, 6:0, natomiast dla Roberta Peszke (kat. +40, 54-ITF) różnica między zwycięstwem a porażką była najmniejsza z możliwych – dwa punkty w tie breaku trzeciego seta finału przeciwko Piotrowi Ludydze. Największe wrażenie zrobił występ nie rozstawionego Wojciecha Olszy. W najbardziej prestiżowej kategorii otwartej trzech rywali odprawił „na rowerze”, a czwartego (trzeciego w kolejności, czyli w półfinale) Macieja Bando (nr 2) pokonał 6:3, 6:1. Do kategorii open kobiet zgłosiły się tylko cztery tenisistki, zagrano więc systemem „każda z każdą”. Hanna Listek, wicemistrzyni Polski amatorek, pokonała wszystkie rywalki, ale łatwo nie było. Karolina Zamora (trzecie miejsce) urwała jej seta, a Agnieszka Bierut (drugie) zmusiła do tie breaka.
x x x
Trzy kategorie, trzy dni, dwie nawierzchnie – wszystko przez pogodę, która w miniony weekend nie rozpieszczała uczestników turnieju na kortach TKKF Skanda w Olsztynie. W najbardziej wyrównanym finale (+45) Mirosław Badura pokonał Pawła Jurczyńskiego 6:7, 6:3, 10-6. Poza tym triumfowali Roman Żurkowki (+35) – 6:3, 6:3 z Tomaszem Chacińskim oraz Andrzej Lasota (+55) – 7:5, 7:5 z Lesławem Markowiczem.
x x x
Po równo nie zawsze znaczy, że sprawiedliwie. I na odwrót. Podczas kolejnego turnieju o Grand Prix Warszawy Amatorek zawodniczki w grupie A rywalizowały do 9, a w grupie B – do 6 wygranych gemów. W sumie było ich siedem, każda chciała pograć, stąd ten rozsądny pomysł. I tak zwyciężczynie obu grup – Anna Majewska i Daria Zawadzka musiały zdobyć po 18 gemów. Prawda, że to uczciwe postawienie sprawy? Dopiero w finale wyjaśniły sobie, która jest lepsza. Na razie Zawadzka – 3:6, 6:4, 7-3.

|
|